ZŁE PSY - Polska
KNŻ - Bar la Curva/Plamy na słońcu
COOL KIDS OF DEATH
Długi czas czekałem na obcowanie z pierwszym dziełem Wandachowicza, Ostrowskiego i kumpli (bo zawsze było coś pilniejszego), ciekaw cóż takiego przełomowego dokonali. I okazało się, że nie było za czym wypatrywać – białe koszule, czarny śledzik, bunt – nie moja bajka. Nie ma tu odkrywczych dźwięków, nie ma wartościowych tekstów, nie ma niczego. Prostota i głupota ciśnie się z każdego słowa i nuty, ale nie jest to też muzyka komercyjna. Może był to zamierzony zabieg – mnie jednak nie przekonuje. Jeśli cały album ma spełniać podobną funkcję jak piosenka zespołu 100 TVarzy Grzybiarzy Mały obrazek mówiąca o ubogości języka polskiego (wielokrotnie powtórzony tekst: Chuj, dupa, kurwa, cipa i wykrzyczany refren Przejebane, przejebane, przejebane świadczą raczej o ograniczonym zakresie słownictwa twórców, braku pomysłu na napisanie ambitniejszego tekstu lub niskim nakładem uzyskanie proporcjonalnie wysokiej popularności), to i na CKOD nie widzę takiego sprzeciwu wobec otaczającej nas rzeczywistości społecznej.
Jedyne "plusy dodatnie" jakie przyniosła ta płyta to położenie podwalin pod postanie i wzorowanie się na niektórych utworach CKOD między innymi takich zespołów jak Kumka Olik (Poezja jest nie dla mnie, Nie warto), Hurt (Nielegalny), a także Muchy. Ale dzięki zespołowi poszukuję teraz albumu Europa i Azja Sztywnego Pala Azji, z którego Wieża radości, wieża samotności skojarzyła mi się z piosenką Cool kids of death.
COMA - Symfonicznie
To co dostałem można opisać w kilku słowach - otóż przepis łódzkiego zespołu na rockowy koncert z towarzyszeniem (bo trudno to nazwać równorzędnym występem przed publicznością) filharmoników jest bardzo prosty:
- bierzemy płytę live;
- wybieramy z niej 12 kawałków;
- zapraszamy ludzi zarabiających graniem muzyki klasycznej;
- i gotowe.
- cięższe fragmenty wzmocniono sekcją dętą blaszaną (Pierwsze wyjście z mroku, Transfuzja, System) oraz smykami (Zamęt);
- dodano intra, na przykład ciekawie zapowiadająca się Transfuzja z charakterystyczną melodią z Przygód Koziołka Matołka oraz orientalnymi i afrykańskimi rytmami, a także smyczki w Woli istnienia;
- w momentach gdy gitary i perkusja nie płyną wszystkimi kanałami dostajemy flety, klarnety i fagoty (Pierwsze wyjście z mroku).
Słuchając Symfonicznie miałem wrażenie, że ekipa Roguckiego zagrała kiedyś i gdzieś (być może nawet w Gdańsku na Targu Węglowym) koncert, później w studiu dograła partie orkiestrowe i tyle. Nie doznałem żadnego zachwytu, nie dostałem tego, czego oczekiwałem. Szkoda, bo tak zachęcająco brzmiało otwierające album Intro – skrzyżowanie Jarre'a z z Madonną z okresu American Life oraz tematu przewodniego z Mission: Impossible.
P.S. Zastanawiam się, w jakiej jeszcze konwencji można nagrać kolejny raz ten sam materiał: można wydać go w języku obcym, co już się stało; można nagrać koncert akustyczny; można zaprosić gości do wykonania kilku kawałków; aha, można jeszcze wydać składankę – fani Comy będą mieli co kupować co najmniej przez najbliższy rok!




