Słucham muzyki, a nie gatunków L.U.C
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4. Pokaż wszystkie posty

POE - Złodzieje zapalniczek

0 komentarzy
Zdarzają się takie albumy, których nie jestem w stanie przesłuchać w całości za jednym podejściem. Do tej grupy należy między innymi Miłość w czasach popkultury, płyta wybitna, pełna gitarowych hitów, doceniana, która wpasowuje się w moje gusta, ale nie potrafię siąść i poświęcić jej czasu od pierwszych do ostatnich dźwięków... Obok kapeli Artura Rojka stoi Ostry - 2-3 kawałki i mam przesyt. I trafiła się mi płyta Projektu Ostry Emade - połączenie ciekawych, różnorodnych, czasem orientalizujących, czasem tanecznych bitów tworzonych przez Emade z OSTRego nawijką, skondensowaną, tekstami czasem głębokimi, a czasem nie, zawierającymi odniesienia do aktualnych w 2010 roku wydarzeń (kto dziś pamięta jeszcze sprawę dopingu Kornelii Marek?, bo kryzys w Grecji, jak się okazuje, przetrwał próbę czasu, tak jak i wypominany jeszcze do dziś romans Chylińskiej z popem/techno). Co mi się jeszcze podoba prócz tego co powyżej? Okładka. Prosta, minimalistyczna, stonowana, z wprawnie wkomponowanym logo projektu. I jeden utwór - Nie odejdę stąd - piosenka pomyślana jako dialog Ostrego z Ostrym, bardzo prosta, polegająca na zabawie w skojarzenia: jeśli kolor - to zieleń, mój kraj to Polska, jak batonik to bounty, moje życie - muzyka, mój sport - koszykówka, jeśli deszcz to warszafski, a do tego dodany równie chwytliwy podkład.

Płyta może i nie odkrywa nowych lądów, ale nie wkracza też chamsko na podwórka zajęte przez innych twórców, choć Wejściem chłopaki po części zmusili mnie do porównywania POE z Fiszem (muzyka zerżnięta z któregoś kawałka z Heavi Metal podczas przesłuchań "zmuszała" mnie do nieustannego dociekania - a jak zaśpiewałby to Bartek?). Ale wiem, że starszy z braci Waglewskich nie wpasowałby się tak sprawnie w muzykę stworzoną przez Piotra - to nie ten sposób frazowania, nie ten styl. Jakby nie było, Fisz nigdy nie będzie Ostrym, a Ostry Fiszem :p

MY RIOT - Sweet Noise

0 komentarzy
W listopadowym Teraz Rocku ukazał się wywiad przeprowadzony przez Marka Świrkowicza z Piotrem Mohamedem "Glacą", założycielem zespołu Sweet Noise, a teraz także twórcą projektu My Riot. Żali się w nim między innymi na nieczułość mediów muzycznych na jego twórczość, na bardzo krytyczne podejście do muzyki, którą tworzy: Milczenie na temat moich dokonań, zaniżanie ich rangi, brak poważnej i rzetelnej analizy oraz kierowanie się własnym wybujałym ego niektórych osób ze świata mediów krzywdzi sztukę i zakłamuje obraz. Jeśli chcecie być opiniotwórczym pismem, w jakiś sposób kształtującym gusta publiczności, to traktowanie mnie jak niechciane dziecko polskiej sceny muzycznej jest fatalnym podejściem. Ludzie w tej chwili mają alternatywne źródła informacji, takie jak internet, i niepisanie o czymś co w sieci jest znanym faktem, to po prostu brak profesjonalizmu i rzetelności dziennikarskiej. Odpowiedzi na kolejne pytania mają podobny ton. Glaca mówi, że wobec braku zainteresowania w Polsce postanowił przenieść się do Stanów Zjednoczonych. Tam przez 2 lata zdobywał doświadczenie, między innymi z Justinem Chancellorem, basistą Toola. I w końcu zatęsknił za Polską.

Glaca w wywiadzie wykreował się na gościa, który całe życie ma pod górkę, którego cały czas ktoś opuszcza i który często przez życie zawodowe podąża samotnie, pod prąd, na przekór nieprzychylnym mediom, które za nic mają jego przełomowe dzieła. Ujrzałem mężczyznę, który nie potrafi poradzić sobie z krytyką, słuszną lub nie (dla mnie nie jest to istotne) i każdą niepochlebną recenzję przyjmuje tak jak dziecko karcone przez rodziców - z płaczem...

Glaca broni i chwali własne albumy jak rodzice swoje dzieci - zawsze będą one wyjątkowe i idealne, właśnie te, o których marzyli i te, na które czekali z niecierpliwością. Czy takim jest Sweet Noise? Według założyciela My Riot z pewnością.

Już na wstępie otrzymujemy charakterystyczne dla Glacy melo-recytacje. A dalej, w Ile znaków, słychać stary Sweet Noise, mi najbardziej kojarzący się z okresem płyty Czas ludzi cienia. Prócz ciężkiego grania, z widocznymi wpływami TSA (pojawiająca się w zwrotkach utworu Ulice pragną gitara elektryczna jest rodem z najlepszych kawałków tego zespołu). My Riot serwuje balladę - Ból przemija - utwór nadający się do promowania albumu w komercyjnych stacjach ]:->, a chwilę potem jak najbardziej przebój kierowany do stacji dla węższego grona odbiorców - Botox - zdecydowanie najcięższy, najgłośniejszy, najbardziej ociekający jadem i złością nie tylko na decydentów kawałek. Ciekawym zabiegiem jest wplecenie w swój utwór fragmentu kawałka Republiki - Biała flaga (tutaj zatytułowany Biała flaga 2010). O bliskości republikańskiego wzoru świadczy tylko i wyłącznie gitara Zbigniewa Krzywańskiego, bo to co się dzieje z fragmentem tekstu Ciechowskiego wplecionego w twórczość Glacy... Trudno w tym doszukiwać się powiązań z wersją pierwotną - ściana dźwięku złożona z gitar i perkusji kompletnie masakruje pierwotne wykonanie (choć  Grzegorz z kolegami też nie oszczędzali swoich instrumentów, ale jednak nie wykonywali muzyki zaliczanej do rocka rapowanego, metalu czy nu-metalu). Glaca popełnił na Sweet Noise mezalians, przez wielu uważany za niewybaczalny - niektórzy byli zszokowani, zaskoczeni i zniesmaczeni "egzotycznym" duetem z Peją-dresiarzem. O ile sam za Peją nie przepadam, to uważam, że użyczenie głosu przez poznańskiego rapera w Sam przeciwko wszystkim dodaje tylko smaku piosence, a takie nieoczywiste spotkania ludzi ze zdawałoby się odległych gatunków muzycznych krytykom dają możliwość "tworzenia" nowych szufladek, a słuchaczom rozkoszowanie się nową jakością.

Wolałbym, żeby Glaca śpiewał tylko po polsku - one lepiej brzmią i sam Glaca brzmi w nich wiele lepiej (tym w języku angielskim brakuje siły wyrazu, są "lekkie", nie ma w nich takiej wściekłości, takiego poweru typu "ja wam teraz pokażę jak się zdziera gardło jak się jest naprawdę wkurzonym" - bez zmrużenia oka wyrzuciłbym je z albumu, a na dokładkę jeszcze End Harvest).

Glaca w tekstach jest dokładnie taki sam jak w wywiadzie - sam przeciwko wszystkim, przeciw światu będącemu mu wrogiem. Ale jednego nie mogę mu odmówić - ta płyta rzeczywiście jest dzieckiem wartym pochwał. I okładkę ma hipnotyzującą...

LUXTORPEDA

2 komentarzy
Litza, obok uczestniczenia w cudzych projektach wykonujących ciężką muzykę rockową, założył wraz z dobrze sobie znanymi kolegami między innymi z Arki Noego własny band. Czego można spodziewać się po zespole, w którego skład wchodzą muzycy grający niegdyś w takich kapelach jak Turbo, Armia, Creation Of Death, Acid Drinkers, Arka Noego, 2TM2,3? Otóż dokładnie tego co grają poza Luxtorpedą (pomijając oczywiście - z wiadomych względów - Arkę Noego).

Album jest dynamiczny - nie ma chwili na oddech. Każdy kolejny utwór może nie przynosi świeżych pomysłów, ale też nie jest to siermiężne kopiowanie pomysłów od innych wykonawców. Doszukać można się tu wpływów punkrocka ze stajni Dezertera (wstęp do Jestem głupcem), gitar z KNŻ w Za wolność (zwłaszcza z albumu Porozumienie ponad podziałami), ale głównie uderza bliskość Armii, choć brak tu tak charakterystycznej sekcji dętej. Ale podobieństwo do tego ostatniego z zespołów wynika też ze sposobu umieszczenia wokalu jakby trochę w tle (tak jak choćby w armijnym Wieje wiatr z Legendy). Te podobieństwa wynikają najprawdopodobniej z faktu bycia stałym członkiem lub współpracownikiem Armii, jaki to status posiadają Robert "Drężmak" Drężek, Krzysztof "Kmieta" Kmiecik oraz Tomasz "Krzyżyk" Krzyżaniak. Najlepiej te nawiązania słychać w kawałku W ciemności. I jeszcze w Trafiony zatopiony można doszukać się miksu Blues brothers  z muzyką z filmów Tarantino, a między minutami 2:40 i 2:50 oraz koło 3:30 pojawia się gitara naśladująca motyw z Magazyn kryminalny 997.

Co jest wyjątkowego w tej płycie? Bardzo dobrze słyszalna perkusja, która nie tylko jest użyta jako sekcja rytmiczna, ale także jako równorzędny  instrument. Nie jest tak, że ona gdzieś tam w tle "brzęczy" - słychać ją na równi z gitarami czy wokalem.

W tekstach niejednokrotnie pojawiają się słowa nadzieja, światło, ale nie tylko takie jasne kolory pojawiają się na płycie. Bo na początek, po Intrze, otrzymujemy jasną deklarację-przesłanie zespołu - będziemy niezależni (Niezalogowany) - może nikt nas nie kupi, nie sprzedamy się, ale pozostaniemy sami sobie panami (podobnie można odczytać Jestem głupcem). I tak jest w sumie na całej płycie. Trudno znaleźć tu potencjalne przeboje nadające się do komercyjnych stacji radiowych. I muzyka zbyt ciężka i tematy, choć popularne, to podane jednak w zbyt skomplikowanej formie, jak Autystyczny o trudnej miłości: Krzyczysz, że chowam się przed tobą i jestem skryty/Lub chcąc być blisko ze mną solidarnie milczysz/Kochając i się złoszcząc znosisz to cierpliwie/Ja też cię bardzo kocham, tylko trochę autystycznie/Wiem o tym wszystkim, ty chyba też wiesz/I choć nie płaczę przy tobie, coś między nami jest/Uśmiecham się do siebie trochę tajemniczy/Znów pytasz o czym myślę, odpowiadam że o niczym. Czy zahaczające o treści religijne 7 razy - siedem razy na dzień upadam/nie jestem święty i nie przesadzam/siedem razy na dzień powstaję/przegrywam walkę kiedy się poddaję. Kto z nas nie czuł się tak zagubiony w dzisiejszym świecie jak bohater W ciemności: droga zgubiona w nałogach/moda styl życia na pokaz/to pociąga za sobą nieszczęście/wszystko by stać się kimś innym niż jesteś. I po co, wszak to co w tobie prawdziwe jest piękne. 

Dobrym podsumowaniem zawartości albumu, zarówno od strony muzycznej jak i tekstowej jest zdjęcie zawarte na okładce - świat po "zagładzie" atomowej, w którym wszyscy są tacy sami, zamknięci, niedostępni. Żyją w świecie zdegenerowanym, w takim jak i my, w którym sami stanowimy dla siebie największe zagrożenie (dziś homo homini jak świnia świni).

L.U.C - Kosmostumostów

0 komentarzy
Łukasz Łukasz do kogo tak mrugasz
fortuną serca nie zagłuszysz jak ręką fiuta nie oszukasz
powiedział Maciek którego jeszcze 7 lat nie poznał.

I o tych 7 latach opowiada L.U.C . O końcu życia beztroskiego, o wejściu w chłodny bezduszny labirynt uczelni, o kolejnych sesjach i o imprezowym życiu studenckim. O utraconej miłości, o upadku, sięgnięciu samego dna, poszukiwaniu i odnalezieniu talentu tkwiącego gdzieś wewnątrz nas samych. Gdzie? Tam, gdzie jest 34 procent, które w przeciwieństwie do 33 procent to losu wirnik 33 procent czyny osób innych, a 34 Ty/ winny i niewinny/ a w Tobie skarb... W drodze tej pomagał mu Wrocław - drugi bohater tej płyty - ponad nurtowe miasto Stumostów z wyczuwalnym twórczym nieładem i aurą artystyczną.

Z muzyki zawartej na krążku zadowoleni będą fani Planet L.U.C. Co zwróciło moją uwagę, to bezbłędne dostosowanie nastroju, tempa utworów do śpiewanego tekstu. I tak Choć pali dużo, student to nie Lexus i Sesja nie procesja – sesja poczeka wypełniają mocne, radosne dźwięki połączone z „zabawnymi” tekstami, a te dotyczące naszego wnętrza, problemów, z którymi każdy z nas kiedyś się borykał lub będzie się stykał (Kapitan życiowa gleba, Otucha ducha Stumostów, Wrometamorfoza) muzyką nastrojową, skłaniającą do zadumy. Wśród gości udzielających się wokalnie są: Trzeci Wymiar, Philip Fairweather, prof. Jan Miodek, Mesajah, Cezary Studniak (świetny Kapitan Gleba!), Waldemar Kasta i Leszek Cichoński. A także anieli, cudowny głos Natalii Grosiak znanej z Mikromusic. I te boskie, a może raczej Pink Floydowe, gitary w zakończeniu Wrometamorfozy...

Jest to jak zwykle płyta niebanalnych tekstów, z pomysłowymi porównaniami (choć tankuje wiele student to nie Lexus, Mam Cię jak ludzkie mózgi blask telewizorów, czy Kolega 2 lata żywił się chipsami z haribo/ aż jak żarówka wątroba mu zgasła). Każdy młody człowiek może odnaleźć na niej inspiracje dla siebie. Ale dobrze byłoby, gdyby również rodzice młodzieży jej wysłuchali, aby zrozumieli, że czasem biały domek z blondynką w kabriolecie/ adwokat diabła na Krecie w swym odrzutowym dżecie/ cyk cyk polewaczka wodą perroni psika trawę w lecie/ zimą prywatny śnieg plazmy i swetry w niedźwiedzie/ wszyscy od śmiechu duszą się z jego żartów przy obfitym obiedzie, że z tego wszystkiego można zrezygnować, aby znaleźć w sobie talent.

P.S. Płytę zamyka utwór z innej bajki – Pospolite ruszenie wykonywane z Sokołem. Piosenka promuje akcję kuracji elewacyjnej infekcji.

NOSOWSKA - 8

1 komentarzy
Nie lubię gdy muzycy nagrywają covery. Nie lubię gdy zamiast stworzyć nowy materiał wydają składanki, płyty koncertowe, albumy symfoniczne, zapraszają kolegów, aby jeszcze raz wyciągnąć kasę z tego co już zostało wydane, a co i tak fani kupią, tylko dlatego, że są fanami, a ich idole wydali właśnie "nową" płytę. Niestety Kaśka Nosowska moim zdaniem, tak jak i wielu innych wykonawców i zespołów (Kazik, Grabaż, Coma, Happysad), także padła ofiarą tych praktyk. Wszystkim, którzy oburzą się, że śmiem do tego worka wrzucać album poświęcony Agnieszce Osieckiej odpowiem, że nie widzę usprawiedliwienia dla aranżowania piosenek znanych z wykonań innych artystów. Bo po co kolejny raz nagrywać to samo? Bo mi też w duszy gra Osiecka, bo też chcę pokazać moją interpretację? Z reguły w pamięci pozostaje wykonanie, które usłyszeliśmy pierwszy raz, niewiele z kolejnych wykonań bije na głowę poprzednie wersje i detronizuje je w świadomości ludzi - potrafią to jedynie te najwybitniejsze. Moim zdaniem Nosowska nie sprostała tym wymogom i jej poprzednią płytę z powodzeniem można wyrzucić do kosza, a przynajmniej schować głęboko za innymi dyskami. Co z tego, że uzyskała status podwójnej platyny? W dużej mierze sprawiły to magia nazwiska Kaśki i Agnieszki .

Tyle wspominek i wylewania żali na temat przeszłych dokonań wokalistki. Najnowsze dzieło pasuje ni to pod szyld "Nosowska", ni jest to "Hey". Od czasu UniSexBlues (2007) i Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy! (2009) straciłem poczucie różnicy między tymi dwoma projektami - Hey zNosowszczał, a Nosowska zHeyowiała - w muzyce zespołu Hey pojawiły się elementy dotychczas zarezerwowane jedynie u Nosowskiej, pojawiła się elektronika, różne przeszkadzajki, a od gitar ważniejsza stała się sama produkcja i wielość zabiegów podejmowanych w procesie miksowania. Zaś u Nosowskiej zeszły one w 2007 roku na dalszy plan ustępując po trochu miejsca żywym instrumentom. Teraz na szczęście ta nierównowaga wraca częściowo do normy - Nosowska znów jest bardziej Kaśką z Nosowskiej niż z Heya.

Co "szokuje" i zaskakuje na nowej płycie, to użycie dużej liczby instrumentów, które z projektem solowym Nosowskiej dotychczas trudno było łączyć - piano, skrzypce, altówka, wiolonczela, klarnet. Moim zdaniem dodają one świeżości najnowszej płycie i samej Nosowskiej, której elektroniczna skorupa tworzona przez 4 lata od 1996 roku (od wydania puk.puk) stała się już dość twarda. Ale taka też jest Kaśka - co płyta to zaskoczenie: po trzech albumach skierowanych do raczej wąskiego grona odbiorców (niekoniecznie byli to fani Heya) pojawiła się płyta ze wszech miar otwarta na słuchacza rocka (fani Heya), później dla bardzo szerokiego grona, niezależnie od wieku, bo wiersze Osieckiej w wykonaniu wielu artystów zna zarówno stary jak i młody, o czym świadczy popularność krążka, który pokrył się dwukrotnie platyną. Wreszczie nadeszła kolejna pozycja w dyskografii - sięgająca trochę w czasy pierwszych płyt, trochę czerpiąca z UniSexBlues, a częściowo mamy do czynienia z ostatnim albumem Heya (może dlatego, że 8, tak jak Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy! wyprodukował Marcin Bors, a za muzykę odpowiadał Marcin Macuk pracujący z Nosowską już od 2007 roku).

Płyta jest skazana na sukces artystyczny, niekoniecznie na komercyjny - jak zwykle naładowana potencjalnymi przebojami, które powinny przypaść do gustu zarówno fanom solowej twórczości Nosowskiej jak i tej występującej ze szczecińskim zespołem. Wśród wielu dobrych utworów jeden zasługuje na szczególne wyróżnienie - Nomada. Moim zdaniem jest on najlepszą piosenką na albumie oraz najlepszą polską piosenką mijającego roku, na pewno najlepszą, z tych które miałem dotychczas przyjemność wysłuchać. Bezapelacyjnie mistrzowskie pianino do spółki z instrumentami perkusyjnymi, plus skrzypiąca gitara basowa i "wyklaskane" afrykańskie rytmy - miód dla uszu!

Innym mocnym punktem jest otwierający Rozszczep - budująca tajemnicę delikatna i jednocześnie przestrzenna muzyka, być może nawet w stylu Pink Floydów, gdyby byli minimalistami, a nie twórcami monumentalnych kompozycji; trochę orientalizujący, ale też trochę w stylu mojego ulubionego współczesnego kompozytora muzyki klasycznej Ärvo Pärta. Podobny klimat ma również Tętent, ale na mnie nie robi jednak tak ogromnego wrażenia.

Nie przekonuje mnie Daj spać - zbyt odstające od reszty płyty,  zbyt głośne, za hałaśliwe. Także Polska nie trafia w moje gusta - tekst niby o Polsce złożonej z województw i powiatów, której jedną granicę stanowi Bałtyk, a drugą Tatry. Na poświęcenie co najmniej 3 minut zasłużyła zarówno wiosna (Pa) jak i jesień (Ulala); pojawiają się pytania o siłę sprawczą wichur, gradobić, ulew, niosących zagładę fal morskich oraz na rozkaz czyj/Dusze wyskakują z ciał.


I jeszcze moja ulubiona część zabawy z płytami - poszukiwanie podobieństw z innymi piosenkami :) Tym razem tylko jeden utwór posiadał wiele inspiracji. Wstęp do Czasu jest przerysowany z Zimy '81 Ani Dąbrowskiej; dalej wyczuć można nutę z Ballady o Tolku Bananie w wykonaniu Strachów na Lachy, a sama końcówka to zakończenie Barykady z repertuaru Lao Che.

Już przy ostatniej płycie zespołu Hey zastanawiałem się czy to Hey podąża na trendami, czy już je wyznacza. 8 ukazuje, że szeroko pojęta twórczość Kaśki Nosowskiej przeważa szalę na korzyść wyznaczania przez nią nowych kierunków dla polskiej muzyki rockowej i rockowo-elektronicznej. Tajemnicą nadal pozostanie w jakim stopniu to ona jest pionierką, a w jakim Marcin Borc...

DEZERTER - Prawo do bycia idiotą

0 komentarzy
Gdybym był punkiem ze wstydem przyznałbym się, że przygodę z Dezerterem zakończyłem na albumie Ziemia jest płaska. Jeszcze większym wstydem byłoby przyznać się, że słabo znam repertuar z okresu PRL. Ale nie jestem punkiem-dezerterowcem, więc wstydu nie czuję ;p 

Dlaczego więc pojawia się tu recenzja Prawa do bycia idiotą? Głównie z powodu "dużego" hałasu towarzyszącego wydaniu albumu oraz trasie promującej go i mającej zahaczyć o Stołeczne Królewskie Miasto, o czym głosiły licznie rozwieszone plakaty. Ale też dlatego, że zwyczajnie Dezerter przyciągnął mnie także dość ciężką muzyką, prostymi tekstami poruszającymi problemy lokalne (polskie), które można traktować jako zarys problemów pojawiających się nie tylko na naszym podwórku, ale potencjalnie mogącym mieć miejsce i mającym je w różnych częściach świata, ukazujących patologie władzy, bezmyślność ludzi, oraz globalne problemy, takie jak np. kwestia wycinania lasów amazońskich. W skrócie - punkowy i anarchistyczny alfabet.

12 lat minęło od ostatniej płyty, którą znam i przez te 12 lat niewiele się zmieniło. Dezerter jak był, tak pozostał solidną kapelą nie dającą o sobie zapomnieć i zmuszającą słuchacza do zastanowienia się nad własnym życiem i nad światem otaczającym nas. Czy aby wszystko jest z nami ok, czy potrafimy na cokolwiek wpływać, czy jesteśmy tylko marionetkami, czy rozumiemy to, co się wokół nas dzieje?

Już tytuły wiele wyjaśniają o czym Krzysztof Grabowski chce się z nami podzielić, a co Robert Matera silnym głosem wyśpiewuje - Ratuj swoją duszę, Co za czasy? Do widzenia na dzień dobry, Kłam, Świnie. I znów mamy do czynienia z relatywizmem moralnym, z zalewem produktów Made in China, z hipokryzją państw demokratycznych, z wszechobecnym i bezwzględnym rynkiem, z wojnami o boga; słyszymy również o ludziach-odludkach, którzy są jednostkami w otaczającym je społeczeństwie.

Ponadczasowe teksty okraszono ciężką, już nie tak drapiącą i gryzącą, jak za czasów Mam kły, mam pazury, choć bardziej melodyjną, mogącą nawet trafić do "szerszej publiczności", ale nadal silną, gitarową, brudną, garażową muzyką - miód na ściankowe serce :) Absolutnie za dźwięki wyróżniam kompozycje basisty, Jacka Chrzanowskiego, za świetny otwieracz płyty - Ratuj swoją duszę - podkręcający tempo, następnie dający chwilę wytchnienia i po kilkudziesięciu sekundach powracający, aby wybuchnąć perkusją i elektryczną gitarą oraz Kłam, za pidżamowy klimat i 5 sekundowy fragment w 1. minucie i 10 sekundzie przypominające dokonania ekipy TSA, a także (już autorstwa Matery) Blasfemia, za powolne i coraz głośniejsze gitary we wstępie.


Kolejna płyta wydana w ubiegłym roku, którą warto mieć w swojej płytotece!

P.S. Mi trafiło się wydanie z DVD, na którym do obejrzenia niespełna półgodzinny materiał o nagrywaniu Prawa do bycia idiotą oraz 4 fragmenty z koncertu na Festiwalu Jarocin 2010 (które są częściowo zawarte w filmie nagranym w studiu). Stare, dobre, no. To najlepsze, no. Wszystko, kurna, co stare, to najlepsze.

BRODKA - Granda

2 komentarzy
Dostałem do zrecenzowania Grandę Brodki i pomyślałem, że to chyba żart! Przecież blog miał dotyczyć polskiej muzyki rockowowej, nigdy nie myślałem, że znajdzie się na nim miejsce dla popowej płyty! To nie moje klimaty, kompletnie nie moje! – Brodka, którą kojarzę z jednego przeboju (pamiętam tylko fragment tekstu głęboko w środku gdzieś/i choćby śladu łez/jej oczy nie poznały nigdy, nie) – kolejna gwiazdka wykreowana na potrzeby wytwórni, żeby jak najwięcej zarobić. Ale...
... ale już pierwsze dźwięki Szyszy wzbudziły we mnie wielkie zainteresowanie – oto Brodka odeszła od soulowo-delikatno-popowych piosenek na rzecz energetycznych hitów radiowych. Pierwsze słowa wyśpiewane przez Monikę zmusiły do sięgnięcia po pudełko – czy to aby na pewno ta Monika Brodka, która kilka lat temu była niepełnoletnią dziewczyną wygrywającą Idola?
Przez 4 lata, od wydania ostatniej płyty, wiele się zmieniło w muzyce żywiecczanki – głos nabrał pełni, wyrazu oraz emocji - szczyt osiąga w Kropkach kreskach, gdzie jest niesłychanie delikatny, czego efekt wzmacnia i podkreśla zawarte w podkładzie pulsowanie, a w tle klawisze – zakochałem się w tym kawałku! Brodka dojrzała – zaczęła sama komponować swoje utwory i pisać teksty (wcześniej w większości współtworzyła je z Anią Dąbrowską, albo, tak jak na debiucie, były to częściowo covery).
Sama Granda jest krótka – 11 utworów i zaledwie 35 minut. Ale jakich minut!
Całość podzieliłbym na 2 części – 1. charakteryzuje niebywała jak dotąd energia, niezobowiązująca radość tworzenia i śpiewania (Szysza, Krzyżówka dnia, Granda – nawet rachowanie kości mi nie straszne :p). Część 2. to spokojniejsze, klimatyczne piosenki (Bez tytułu, K.O., Syberia, Kropki kreski). Akustycznie? - proszę bardzo, jest Syberia. Myśleliście, żeby zagrać Brodkę na dyskotece? - świetnie pasują Granda, Krzyżówka dnia, W pięciu smakach! Sauté też się nadaje, niekoniecznie w trakcie imprez :) Płytę zamyka francuskojęzyczny Excipit, trochę nie pasujące do reszty materiału, ale można usłyszeć na co stać głos Brodki.
Album nie jest męczący – te trochę ponad pół godziny bardzo szybko minęło. Monika jest na bieżąco z trendami – przerabia indierockowe melodie na własne potrzeby, z czego wychodzą takie kwiatki jak na przykład dyskotekowo-lekkofolkowy W pięciu smakach. Moimi faworytami są: K.O., Kropki kreski, Syberia (za przeraźliwie smutny tekst o schyłku miłości) oraz Krzyżówka dnia (za niebanalne podejście do tematu porozumienia się z drugim człowiekiem). Nie było znużenia i wyczekiwania końca, jak miało to miejsce przy poprzednich wydawnictwach – długich i smutnych. Zmieniło się wiele, na lepsze. Pozycja mojej ulubionej polskiej wokalistki pop została poważnie zachwiana (kim ona jest? Szukaj w recenzji) :)

KUMKA OLIK - Jedynka

0 komentarzy
Pracowałem wtedy w sieciówce, w której obok książek można kupić także muzykę. Na ekranach telewizorów zawieszonych tu i ówdzie leciały non stop reklamy. Zapowiadano spotkanie ze znanym pisarzem, zapraszano na koncert zagranicznej gwiazdy, pokazywano trailery filmowe. Gdzieś między tymi zwiastunami pojawiał się urywek reklamy jakiegoś debiutującego zespołu. I tak w kółko leciało – zaspane poniedziałki w nieprzespanych autobusach - kilka razy na godzinę, szału dostawałem. Mówiłem sobie: Ale to musi być okropna płyta, dno kompletne!

Minęło ponad 1,5 roku i w związku z dość pochlebnymi recenzjami drugiej płyty postanowiłem sięgnąć po debiut. I co się okazało? Jedynka jest płytą świetną! Tyle hałasu, nie tylko w kawałku W rytmie Joy Division dawno nie słyszałem. Słowa Niech nikt mnie nie uspokaja/Chcę słyszeć wyłącznie hałas/Niech nikt mnie nie uspokaja.../Hałas... są jak podsumowanie całego albumu – dostajemy hałas, hałas, HAŁAS!!! Dawno też żadna płyta nie sprawiła mi tyle przyjemności ze słuchania. Nareszcie trafiłem na dobre, garażowe granie, granie gitarowe, bez zbędnych instrumentów i przeszkadzajek, tylko elektryk, bas i perkusja! Tylko i aż, bo od tego co chłopaki wyczyniają na tych kilku instrumentach bije ogromna energia. Płyta wypełniona jest chwytliwymi melodiami (może poza promującymi album Zaspanymi poniedziałkami, które uważam za najlżejszy, najlepiej nadający się do emitowania w komercyjnych stacjach radiowych, bo najmniej drażniący uszy masowego słuchacza) i teksty łatwo wpadające w ucho (zasługa krótkich i szybkich kompozycji – z wielką przyjemnością wypróbowałbym Kumka Olik na koncercie).

Płyta być może nie przejdzie do historii polskiej muzyki rozrywkowej jako przełomowa, jednak moim zdaniem jest dość ważna. Jedynkę uważam za jedną z pierwszych, w dodatku głośniejszych (znanych???) polskich indie rockowych płyt. Niemal w każdym utworze słychać echa innych zespołów: mam takie wrażenie, że już słyszałem ten bas i perkusję u innych kapel – i co z tego, skoro zespół wyrobił swój styl (poza Grzecznymi dziewczynkami ewidentnie wzorowanymi na Cool Kids of Death). Jeśli kolejne płyty będą w taki klimacie, to Kumka Olik zdobyli fana, wiernego!

P.S. Jeśli wierzyć informacjom na okładce, to płyta nie miała żadnych sponsorów!
P.S.2 Ciekawostka -nadruk na krążku przedstawia wytłaczanki (czyżby te użyte do wyciszenia studia?)
 

Copyright © 2010 • Muzykowisko • Design by Dzignine,